
Twórczość trójmiejskiej formacji Anti-Motivational Syndrome zdecydowanie bardziej odbiega, aniżeli zbliża się do muzyki z przedrostkiem „post” w nazwie gatunku. Tak więc wszyscy Ci którzy szukają w ich muzyce oklepanych schematów charakteryzujących post-rock mogą zakończyć czytanie tej recenzji własnie w tym momencie.
Debiutancki album AMS bardzo ciężko jednoznacznie zdefiniować. Z jednej strony dostajemy niebanalną mieszankę pomysłów, dźwięków i głębokich emocji, z drugiej jednak czuć wtórność – wtórność względem brzmień i pomysłów innych zespołów. Zapewne będę mało oryginalny przywołując tutaj takie nazwy jak nasz polski progresywny „towar eksportowy” Riverside czy też zagraniczny Tool. Dobrze, że wtórność o której piszę ogranicza się tylko do poziomu artystycznego jaki reprezentuje sobą Anti-Motivational Syndrome, a jest on naprawdę wysoki.
Na płycie odnajdujemy sześć – stosunkowo długich, jak to przystało na muzykę z metką progressive – utworów, nie wliczając 23 sekundowego intra.
Każda z kompozycji ma do zaoferowania coś innego, swojego. Odnajdujemy tutaj mocne i dynamiczne „Loser”, napełnione nostalgią „Last Day” czy też zbalansowany – moim zdaniem najlepszy na płycie – tytułowy „The Corridor”.
Całość składa się na spójny, prawie godzinny krążek opowiadający historie przyziemne, walkę i bolączki związane z wyborem tej jedynej, właściwej drogi.
Oprócz muzyki warto również zwrócić uwagę na sposób w jaki płyta została wydana.
Dostajemy w ręcę klimatycznie zaprojektowany digipack w skład którego wchodzi krążek z muzyką oraz kwadratowe kartki z tekstami piosenek, które można ułożyć w jeden obrazek – najprostszym określeniem będzie tutaj „na styl puzzli”.
Swoiste postawienie kropki nad i.
Poprzeczka została ustawiona przez Anti-Motivational Syndrome bardzo wysoko.
Teraz pozostaje tylko trzymać mocno zaciśnięte kciuki za to, aby AMS zostało zauważone przez większą masę ludzi i podążyło ścieżką, którą tak jasno sobie wyrysowali.
„Time to be almighty!”
« powrót do newsów