
To był chyba już ostatni w sezonie 2010 koncert takiego postrockowego kalibru. Szwedzkie Ef popisowo zakończyło ten udany muzyczny maraton – wiosną And So I Watch You From Afar, God Is An Astronaut, Caspian, a jesienią Gifts From Enola, Tides From Nebula oraz 65daysofstatic – z tej najbardziej rozpoznawalnej czołówki mało którego zespołu brakowało. W zimowej aurze Ef rozegrali przy okazji swój finałowy przystanek, podczas tej europejskiej trasy – po poznańskim występie przyszło im już tylko przeprawić się przez Bałtyk, by na krótko odetchnąć jeszcze mroźniejszym powietrzem i przystąpić do realizacji swoich kolejnych planów.
Do klubu Pod Minogą, w ten śnieżny i nie tak przesadnie chłodny czwartek zawitali amatorzy gitarowo-melancholijnych kompozycji. Szwedzi słyną z tego, że swoje utwory opierają na powolnie i precyzyjnie rozwijających się łagodnych dźwiękach, których narastające natężenie harmonijnie przeobraża się w gitarową kaskadę niepohamowanej ekspresji. Jak wyglądało zatem przełożenie tej płytowej praktyki na występ na żywo? Powtarzając za samymi członkami zespołu, było to zaprawdę wyśmienite wydarzenie. Aby nie pozostać gołosłowną, do relacji zamieszczam koncertowe nagrania zarejestrowane przez Leszka Wrońskiego.
Tym razem (w przeciwieństwie do listopadowego Maybeshewill) występ ulokowany został na scenie znajdującej się na piętrze klubu. W roli supportujących współtowarzyszy Ef wystąpiła wielkopolska formacja Ghost Of The Mystic Garden. Około 20:30 zaczęli swój siedmioutworowy występ. Ambientalizujący wstęp (Gaze Of A Fallen Trees), po czym pięć żywszych kompozycji: Mysterious Creature, Epic Noise, Running Through The Ravens, Road To Nowhere, Nightmare oraz zakończenie w postaci First Sight Of The Eternal Light. Zespół w składzie Marta Krysztofowicz (perkusja), Karol Przybylak (gitara basowa), Michał Nowicki (gitara elektryczna) i Wojtek Wesołowski (gitara elektryczna, klawisze/sample), wspólnie kroczy muzyczną ścieżką od 2,5 roku. W zamierzeniu mają to być kompozycje zahaczające raczej o rejony szeroko pojętego instrumentalnego i alternatywnego (post)rocka. Ujawniał się w nich czasem jeszcze pewien stylistyczny chaos – w jednym z początkowych utworów wychwycić można było gitarowy wpływ takich grup jak Nirvana i Red Hot Chili Peppers, natomiast, gdy występ zbliżał się ku końcowi, usłyszeć można było już wyraźną fascynację Russian Circles (Harper Lewis?). Warto w moim odczuciu również dokonywać rzetelniejszej selekcji wypracowanych muzycznych pomysłów – kilka razy chyba niepotrzebnie wpleciono jeszcze jedną gitarową popisową końcówkę, której kompozycyjna celowość pozostawała dla mnie zagadką. Właśnie ten niestabilny mianownik uznałabym za rzecz do nadrobienia, natomiast z całości występu wyniosłam pozytywne wrażenia, a nawet skusiłam się oferowaną przez grupę płytę, z ich nagraniami (mam nadzieję, że nie tylko ja!). Ghost Of The Mystic Garden to całkiem kreatywny zespół (pomimo kilku wyraźnych muzycznych odniesień), którego poczynania z pewnością będę chciała dalej obserwować.
W okolicach 21:30 na scenie ulokował się już skandynawski kwintet, prezentujący się pod postacią trzech gitar, jednego basu, perkusji oraz zebranego dodatkowego instrumentarium. Czekała nas ponad godzinna ekspedycja w muzyczne zakamarki, zaplanowana przez Ef. Współpraca pomiędzy jej organizatorem jak i uczestnikami była naprawdę wzorowa. Zespół najwyraźniej przepada za polską publicznością, a wzajemność z jaką się spotykał tylko utwierdzała w przekonaniu, że będzie to zdecydowanie owocna podróż. Artyści okazali się zmyślnymi przewodnikami – osiem kompozycyjnych przystanków jakie usłyszeć można było, wprawiło zebrane tam osoby w emocjonalne stany porywów zachwytu.
Delikatny wstęp w postaci Escapade #1 okazał się początkiem trylogii pochodzącej z najnowszego albumu Mourning Golden Morning. Utwór płynnie przeszedł w Sons Of Ghosts, by następnie energetycznie przeistoczyć się w K-141 KYPCK z żywiołową i wręcz marszowo wybijającą rytm perkusją. W ten sposób rozpoczęła się druga część koncertu – tym razem spod znaku płyty I Am Responsible. Niezwykle liryczna kompozycja Bears wprowadziła melancholijny nastrój. Co wrażliwsi zostali rozczuleni tą łagodnością oraz przejmującą wokalizą w wykonaniu dwóch gitarzystów, dopełnioną subtelnie wybijającymi się dzwonkami (tak zwanymi Glockenspiel).
Nie licząc samplowych wstawek, do generowania tych zarówno kojących jak i niepokojących melodii używano również harmonijki klawiszowej, a także niezliczonej ilości perkusyjnych pałeczek, których komplet posiadał (i używał) praktycznie każdy z muzyków. Otuleni tymi splotami dźwięków, przy akompaniamencie 401 LWA, a także miłego akcentu w postaci zaanonsowanego Hello Poznań (w oryginale Hello Scotland), zmierzaliśmy ku końcowi tej eskapady.
Jednakże o pożegnaniu mowy nie było – nad żywiołowymi oklaskami (z obu stron sceny) zapanować nie dało się inaczej, jak zagrawszy intensywne i nieobliczalne Tomorrow My Friend. Muzycy, którzy zdawali sobie sprawę, że to ich ostatni występ kończący tę trasę, zaangażowani podczas niego byli na sto (jak nie o wiele więcej) procent. Swoimi gitarami wywołali istną zamieć dźwiękową, a końcówka utworu to jak dla mnie ekstatyczne clou tego koncertu. Podsumowaniem mogłaby się stać jedna z linijek tekstu ostatniego utworu – I hate to feel this way, but all good things must come to an end.
Artyści mają z pewnością dar zjednywania sobie publiczności – ich otwartość oraz przyjacielski stosunek wobec odbiorców, w otoczeniu pełnego muzycznego skupienia oraz szczerości jaką niosą ze sobą ich kompozycje, zadziałały zbawiennie. Dzięki, jak i poprzez tę dźwiękową ablucję, można było z dziwnym poczuciem spokoju wyjść w czekającą na zewnątrz śnieżną pustkę. Odnosiło się wrażenie, że ta szczególna aura jaką wytworzył zespół, towarzyszyć będzie jeszcze długo i to nie tylko wespół z głucho pobrzmiewającym pokoncertowym szumem w uszach.
tekst: Dorota Płuchator
« powrót do newsów
napisał:
Świetna relacja. Zgadzam się w 99%
napisał:
bo i koncert świetny. wtrąć zatem proszę ten 1% (;