
Okołopostrockowy jesienny i poznański duet koncertowy otworzyć miała brytyjska formacja Maybeshewill – tego wieczoru dodatkowo w asyście zespołu A Hole In Silence. Już dnia następnego czekał 65daysofstatic, zatem wdrożyć w ten klimat należało się porządnie. Jak w przypadku niedawnego występu Tides From Nebula i tutaj muzyków ulokowano w klubie Pod Minogą. Bilety niezbyt drogie (przynajmniej jeśli mowa o występie Maybeshewill), a piwo zimne, zatem zaczęło się całkiem nieźle. Tym bardziej, że ku naszej uciesze, przychodząc znacznie wcześniej (około godz. 19) trafiliśmy na próbę i mogliśmy przysłuchać się ostatnim sprzętowym poprawkom. Zespoły ulokowane zostały na zaimprowizowanej scenie na dole lokalu – moim zdaniem nie było to zbyt szczęśliwe rozwiązanie. Dość poszatkowany układ tej sali oraz fakt, że nie jest to regularne miejsce koncertów (a zwykły podest na którym zazwyczaj ustawione są stoliki), w dodatku znajdujący się w bliskim sąsiedztwie głównego wejścia, nie działał na korzyść. Nie dość, że bywało przez to całkiem chłodno, to i powierzchnia do grania raczej mało pojemna.
W roli supportu usłyszeć można było poznański zespół A Hole In Silence. Nie żebym nie wierzyła w młodych, od razu dystansowała się do mniej mi znanych, lecz zasadniczy problem tkwił tutaj w prezentowanym repertuarze. Teoretycznie do czynienia mieliśmy z dźwiękami dość gitarowymi, zahaczającymi nawet o rejony postrockowe i metalowe, ale zostały one mało składnie podane. Chwali się zainteresowanie muzyką, ba, próbowanie jej tworzenia (wszak jest to pracochłonne i niezwykle trudne), jednak często miało się nieodparte wrażenie, że coś tu (może tylko jeszcze?) nie współgra. Owszem – bywały kawałki, które całkiem nieźle pobrzmiewały (gdzieś pośrodku setu nastąpił nawet miły moment – riff à la Neurosis!), lecz odnosiło się wrażenie, że te konstrukcje i pomysły nazbyt szybko się rozpadają.


Brawa za wypracowanie dorobku opiewającego na prawie 40-minutowy koncert, zaangażowanie oraz podążanie właśnie muzyczną drogą – lecz oby zespół nie poprzestał jedynie na tym i wciąż szlifował swój warsztat. Nie warto opierać się tylko na znanych rozwiązaniach, tylko skupić się na tym, co chciałoby się (i warto) poprzez swoje utwory przekazać, bo nadmiar kompozycyjnego chaosu i niezdecydowania nie zawsze bywa wskazany.


Sytuacja uległa zmianie, gdy na scenie zaczął się montować Maybeshewill. Czterech, tym razem już znacznie doświadczonych muzycznie mężczyzn, sprawnie się z tym uwinęło i w okolicach godziny 21:30 przystąpili do dzieła. Już na samym początku, zaraz po He Films The Clouds, usłyszeliśmy jeden z najbardziej znanych ich kawałków – The Paris Hilton Sex Tape.

Przywitany został on entuzjastycznie, a breakcore’owo zwalniająca końcówka i następujące po niej monologi, płynnie przechodzić zaczęły w dialogi, znane z utworu In Another Life, When We Are Cats. W spokojniejszym, równym tempie, zespół liryczniej rozkręcał swój występ. Rozkołysani zazębiającymi się dźwiękami gitar i niespokojnej damsko-męskiej rozmowy (w tym przypadku pochodzącej z The Rules Of Attraction), zaskoczeni zostaliśmy przez energetyczny numer This Time Last Year. Nagłe zmiany tempa są jednym z wyróżników Maybeshewill, czego dowodem był właśnie ten kawałek. Sam jego środek, wręcz glitchujący, uspokoił na chwilę publiczność, by później zamienić się w delikatną gonitwę dźwięków pianina i zsamplowanych kwestii filmowych i na samym końcu znów zapętlić się typowo gitarowo. Z tym zespołem na pewno nie ma mowy o muzycznej nudzie, czy stagnacji.




Bardziej zorientowani, przygotowani byli na to, że zaprezentowana zostanie część premierowego materiału. Maybeshewill ma w planach wydanie swojego trzeciego pełnowymiarowego albumu wiosną 2011 roku, lecz kilka kompozycji już wprowadzają i sprawdzają na koncertowych salach. W Poznaniu usłyszeć można było dwie z nich (w tym singiel To The Skies From A Hillside). Trzeba przyznać, że dobrze wpasowały się one w dotychczasowo odegrane dokonania grupy, lecz na pewno więcej będzie można na ten temat powiedzieć po wysłuchaniu już całości. Następnie uraczeni zostaliśmy utworami wydanym w ramach ich poprzedniego krążka (Sing the Word Hope in Four-Part Harmony), czyli This Time Last Year (wspomaganym kwestiami z I ♥ Huckabees) oraz Accept & Embrace. Jednakże chyba największy poklask uzyskały dwa ostatnie numery. Pierwszym z nich, okazał się Not For Want Of Trying z niezwykle emocjonalnym i katastroficznym dialogiem zaczerpniętym z obrazu Network. Razem utworzyło to imponujące crescendo, kiedy to równomiernie narastający głos filmowego prezentera radiowego Howarda Beale’a zaczął zespalać się z coraz to donośniejszymi partiami gitarowo-perkusyjnymi, które wzmacniały tylko wydźwięk końcowych linijek – I’m a human being, goddammit! My life has value!. Świetne i mocne zakończenie pierwszej części koncertu!




I’m not gonna take this anymore? powtarzając za dopiero co zakończonym utworem – zdecydowanie odwrotnie! Rozbudzona publiczność zaraz zaczęła domagać się bisu, zatem zespół raz-dwa wskoczył z powrotem na scenę i usłyszeć mogliśmy He Films The Clouds Pt. 2 – swoiste odwołanie do punktu rozpoczęcia koncertu. Całość zamknęła się wraz z subtelnie pobrzmiewającym kobiecym głosem (należącym do Rosie Leah Backen), cudownie łączącym się z wybijającą się melodią wygrywaną na pianinie oraz resztą instrumentów.


Niestety o muzyczne więcej jakoś specjalnie publiczność się nie dopraszała i najwyraźniej dała za wygraną usłyszawszy choć jeden dodatkowy kawałek. A wielka szkoda, gdyż występ zleciał zdecydowanie za szybko. Miejmy nadzieję, że artyści w podobnym tempie odwiedzą nas znowu, choć o to akurat martwić się specjalnie nie powinniśmy. Znani są z całkiem intensywnego koncertowania (nie dalej jak rok temu, wespół z And So I Watch You From Afar można ich było zobaczyć m.in. w Poznaniu), zatem wszystkim spragnionym ich ponownego posłuchania polecamy bacznie obserwować ich poczynania. Na pewno warto, gdyż Maybeshewill zaprezentował się jako naprawdę solidna i świadoma muzycznie grupa.
Tekst: Dorota Płuchator
Zdjęcia: Agnieszka Sęk
napisał:
Dopraszanie się o więcej wiele by chyba nie pomogło. Na Gdańskim koncercie maybeshewill publika dosyć długo i wyraźnie domagała się „jeszcze” ale Panowie nie bardzo się tym przejęli.
napisał:
to kiepsko, bo to stanowczo za krótki set (: a jak w Gdańsku – podobne utwory zaprezentowali ?
napisał:
Set był bardzo podobny, jeśli nie ten sam. Pamiętam, że zaczęli od The Paris Hilton Sex Tape, ale większych różnic chyba nie było. Mnie osobiście trochę rozczarowała ilość muzyki odegranej „z płyty”. Nie śledziłem wcześniej ich koncertowych dokonań i przyznam, że liczyłem na to, że wokale, pianino itp. będą żywe. W sumie w tym upatruję brak większej ilości bisów – chłopaki po prostu nie nagrali sobie więcej numerów. Na płycie to fajnie brzmi, ale po występie na żywo oczekuję czegoś więcej.
napisał:
to mieliście od razu mocne uderzenie ! hm, z innej strony w zasadzie nie mają jeszcze na tyle tego materiału, coby nim szastać na lewo i prawo. a i trudno jednak byłoby zebrać wszystkich tych aktorów, z których wypowiedzi filmowych korzystali – ale faktycznie, na pewno fajnie i przyjemnie byłoby usłyszeć na żywo chociażby Rosie Leah Backen (;
napisał:
strasznie krótki koncert – liczyłem na więcej, a support nawet nawet (kiedyś coś z nich będzie)
Zgadzasz się z tą opinią?
4
0
napisał:
Z ogromnym zainteresowaniem przeczytałam tę niezwykle nieskładną plątaninę słów – szczególnie w nawiasach:) Oby jak najmniej TAKICH „dziennikarek” w Polsce!
napisał:
Absolutnie proszę (nawet ujmując to w cudzysłowie) nie używać tutaj słowa dziennikarka – te wpisy to jedynie swobodne i subiektywne pokoncertowe impresje. Nie mniej, a już na pewno nie więcej
Ja nie twierdzę – to był zwykły zabieg stylistyczny, mający na celu podkreślenie różnicy w muzycznym doświadczeniu pomiędzy grupam AHITS oraz MSW
Mam nadzieję, że wątpliwości zostały choć lekko rozwiane – pozdrawiam!
napisał:
Hmmm moje pytanie do P. Doroty Płuchator!!
Czy twierdzi Pani, że członkowie A Hole In Silence nie są mężczyznami?