
Nic nie zapowiadało, by uporczywie ciążąca i osnuwająca tego dnia Poznań mgła, opuściła kiedykolwiek to miasto. Jak na ironię, z pomocą nadeszła grupa muzyków 65daysofstatic pochodzących z kraju, z którym akurat to zjawisko atmosferyczne częstokroć jest kojarzone. Zamieszanie, jakie wywołali swoim nader żywiołowym koncertem, definitywnie pozwoliło zapomnieć o tej sennej oprawie, a i zagrany utwór Fix The Sky A Little w takim otoczeniu, nabrał szczególnego znaczenia.





Koncert odbył się w klubie Blue Note. Jest to znany wszystkim miłośnikom jazzowej muzyki lokal, pierwotnie pełniący funkcję kotłowni zamku cesarskiego Wilhelma II. Świetnie zaadoptowane miejsce, tej nocy dodatkowo zamieniło się w arenę potyczek gitarowo-elektronicznych (choć po tym występie równie dobrze można by swobodnie operować tą kolejnością). Kto słyszał najnowszy album grupy 65daysofstatic, jak i uważniej przyjrzał się poprzedniemu, temu dobrze znany jest kierunek jaki obrali. I tak tej nocy solidnym beatom i samplom końca nie było, a wszystko to w otoczeniu mistrzowsko rozgrywanych dźwięków dwóch gitar, basu i perkusji.





Wszystko rozpoczęło się chwilę po 20:30 – punktualność, którą się ceni. Zespół zamierzał chyba zmylić publiczność, wybrawszy na sam początek trzy utwory z wybijającym się delikatnym dźwiękiem pianina. Były to ich najnowsze kompozycje, pochodzące z dopiero co wydanej epki Heavy Sky – Pacify i PX3 oraz z ich kwietniowej płyty We Were Exploding Anyway – Piano Fights. Jednakże te pozory spokoju na długo nie mogły zostać zachowane. Szybko wymknęły się spod kontroli ich rąk, a muzyczne szaleństwo przejęło stery i długo, długo wprowadzało nas w euforyczne stany, niejednokrotnie zamieniające się w obłędny trans. Zespół niezwykle energicznie i żywiołowo zachowywał się na scenie, co tylko podkręcało ogólną atmosferę dźwiękowego upojenia. Chyba nikt, w obliczu tak porywających melodii, nie był w stanie ustać spokojnie – nogi same domagały się chociażby wybijania tych, niekiedy karkołomnych, rytmów. Jednak zanim trafiliśmy w istne oko elektronicznego cyklonu, usłyszeć mogliśmy trochę starszego materiału spod znaku Retreat!Retreat! czy The Cat Is A Landmine.







Swoistym pomostem pomiędzy tymi zdecydowanie mocno gitarowymi utworami, dodatkowo przesyconymi samplami, a dalszą częścią występu podczas której serce biło już ze zdwojoną prędkością, częstokroć w rytmie mocnych i szybkich beatów, był numer Dance Dance Dance. Nastrojowy początek, chwila wytchnienia, a zaraz po niej mocne uderzenie i oto tanecznym krokiem przenieśliśmy się do sali szczelnie wypełnionej zawrotnie wirującymi dźwiękami, rytmicznymi uderzeniami perkusji i dzikimi pląsami. Atmosfera pod samą sceną zagęściła się niewiarygodnie, istne pomieszanie z poplątaniem, którym przewodził i wtórował sam zespół. To, co działo się na tej małej estradzie trudno opisać. 65dos bawiło się przednio – narzucali szaleńcze tempo, z którego ani na chwilę nie rezygnowali, wręcz z zadowoleniem testowali wytrzymałość i obserwowali uwiedzioną melodiami publiczność. Chętnie wprowadzali elementy improwizacji do swoich kawałków, przedłużając tylko ku uciesze fanów koncertowy ferwor. Gitarzyści łapali za pałeczki, dobierali się do syntezatorów i mieszali przy samplerach – eksploatowali i eksplorowali cały swój sprzęt. Zupełnie już odpłynąć można było przy Tiger Girl – ponad dziesięciominutowym utworze, o charakterystycznej powtarzalnej strukturze (na myśl przywodzącej dokonania np. Fuck Buttons) oraz zupełnie ekstatycznym, ogłuszającym finale.






W ten właśnie sposób, okiełznując rozentuzjazmowaną publiczność, zakończono główny set. Z uśmiechami na twarzy muzycy opuścili scenę, lecz naiwny byłby ten, kto sądziłby, że na tym się to wszystko zakończy. Wiwatom, oklaskom i nawoływaniom końca nie było – zespół szybko wrócił na swoje miejsca i rozpoczął się bis. Kiedy wszyscy już wiedzieli, że to ostatnie koncertowe chwile, zmobilizowali swoje ukryte pokłady sił i ochoczo dopingowali artystów, którzy jeszcze przez trzy utwory prezentowali swoje umiejętności. Usłyszeć można było między innymi AOD, którym starano się ostudzić gorącą atmosferę i przygotować wszystkich na nadchodzące pożegnanie. Dźwięki uległy wyraźnemu spowolnieniu, a tempo i nasze tętna się ustabilizowały. Zespół udowodnił, że jest kreatywnym muzycznym swatem. O ile wedle niektórych krążących opinii, popełniona została tutaj zdrada gitarowych dźwięków, to ja ośmielę się nazwać to raczej prowokacyjnym, lecz zgodnym mariażem, na którym tylko skorzystali(-śmy). Pokazali, że odnajdują się w obranej stylistyce, w której czują się zdecydowanie świetnie, a publiczność wyśmienicie bawi się wraz z nimi.





Tekst: Dorota Płuchator
Zdjęcia: Agnieszka Sęk
napisał:
Aż mnie nosi ze złości że opuściłem to wydarzenie. Oby wkrótce znowu zagrali i oby koncert był równie udany jak ten
napisał:
dobra wiksa rzecz ważna <3. tak samo jak dobra relacja…